Pick Language

Marta Dzido

Picture of Polish winner Marta Dzido

MARTA DZIDO - born in 1981; writer, documentary filmmaker and film editor. Graduated at the Polish Film School in Łódź. Author of three novels: "A Mark Left by Mom" (2003), "The Clam"; (2005), hypertext "Matrioszka"; (2013) and a non-fiction book "Women of Solidarity" (2016). Director of photography of the documentary "Underground Women’s State" (2009) and co-director of ;"Downtown"; (2010), a documentary that has won the Hollywood Eagle Documentary Award in 2011. Screenwriter, co-director and editor of “Solidarity according to Women” (2014, Krzysztof Kieslowski Beyond Borders Award, special award of Polish Film Institute)  and docudrama "Women Power" (2018). 

 

   

Winning Book

Frajda

Her and him. Teenagers from the time before Facebook and Instagram. Madly in love, but avoiding the declaration in the form of the words "I love you" like the plague. Crazy over each other. Shifting each others boundaries in learning about young bodies. Testing emotional reactions. Experiencing all "first times" together. The history of their romance happens in the 90s of the last century, when love letters were written with a pen on a piece of paper, when the photographs were made on film and to make a phone call you had to queue in front of the phone booth. A world free from immediacy, in which waiting accumulated the tension and longing for one another. Her and him. Kids who are not afraid to cross the boundaries, who want to experience everything. Most of all they want to know their bodies. The hotness summer is still going on, even when it is winter and everything else is frozen in January. There is a fever of two heroes, their passion, the power of attraction stronger than gravity. Somewhere in the back of their minds there is end of the world, that is to come with the year 2000, when the comet will hit the Earth and the current civilization will fall anyway. Him and her. Two people in their forties accidentally meet after years and realize that spark of youthful excitement is to be found in them, and the hope is not lost yet. Somewhere in the everyday reality, between cooking dinners for children and subsequent installments of credit, they begin to meet each other and recollect the memories of youthful passion, which at the same time pushed them towards each other and did not let them stay. They tell each other about themselves from years ago. What she remembers of him, and he of her. Their narrations changed over time, individual pieces created different versions of the same story. The heroes start to wonder what if? And face a new question: what would their life look like up till now and on?

Publishing House

Email Address: 
Phone No.: 
+48 12 422 25 28
Organisation: 
Piotr Marecki, Ha!art

Agent / Rights Director

Phone No.: 
+48 606 303 850
Email Address: 
Representative: 
Piotr Marecki

Excerpt

(Excerpt in French below)

(PL) 

Może masz rację, może troszeczkę zwariowałam, zbyt mocno dałam się ponieść nastrojom i mówię teraz tak wszystko, tak bardzo, tak bez zastanowienia. Próbuję sobie przypomnieć twoje ciało, ale nie umiem przywołać żadnego obrazu, tylko wrażenia, fragmenty, kawałki puzzli. Wypukły

pępek w kształcie spirali. Blizna na lewym udzie. Jędrny pośladek. Szorstkie włoski wokół brodawek. Jesteś teraz dla mnie pokawałkowanym wspomnieniem. Kubistycznym wzorem, rozpadającym się na mniejsze elementy. Każde ujęcie z tobą mam w zbliżeniu, żadnych planów średnich, żadnych pełnych. Nic, co dałoby tej opowieści odetchnąć. Bliskie i nieostre, drżące detale. Jeden po drugim. Przeczące wszelkim zasadom konstruowania filmowej narracji. Wypełniające cały ekran usta. Kawałek ucha. Pory skóry na bliżej nieokreślonym fragmencie ciała. Zgięcie w łokciu. Kark, gdzie kończy się naga szyja, a zaczynają włosy. Wy-stająca łopatka. Brązowy pieprzyk. W ścieżce dźwiękowej jest tylko głośny, głęboki oddech, świszczący jak pęd powietrza w otwartej przestrzeni, jak wicher hulający wśród skał, jak ryk oceanu i miarowe uderzenia fal. Taki sobie teraz wyświetlam o tobie film, zniszczoną upływem czasu jedyną kopię bez rekonstrukcji i niepokolorowaną. Dosłownie kilka niewykorzystanych nigdzie indziej ujęć, zarejestrowanych przez przypadek, jeszcze przed okrzykiem „akcja!”.

 

Miotnęło mną. Stężałam. Wybrzmiałam. Rozwijasz się we mnie ciągiem dalszym. Życie przyspiesza i meandruje, ale ty. Znów, jeszcze, i znów. Nasze wnętrza i nasze plenery. Nasze scenografie. Nie istnieje nic poza nami. Cały świat jest tylko makietą, na tle której możemy się całować w nieskończoność.

W mieście pachnie najpierw bzem, potem jaśminem, chwilę później lipą. Wkradamy się w rozmaite odosobnione miejsca, by tam, z dala od przypadkowych przechodniów, dać ujście pożądaniu, które pulsuje we krwi i napędza nasz wspólny nocny szał.

Brama jest zaryglowana i nie ma jak przejść górą, przez jej ostre zakończenia i zdobienia, ale pokazujesz mi dość szeroką szparę na dole, kładziesz się na chodniku i sprawdzasz, czy dałoby się prześlizgnąć. Rozglądam się, czy nikt nie widzi, i chwilę później przylegam plecami do ziemi, bokiem, ostrożnie, by nie utknąć, zamiatam włosami kurz.

Jesteśmy już po drugiej stronie. Udało się.

Najstarszy cmentarz w mieście cały dla nas. Cisza i pustka, ale jednak tłum. Trochę się waham, bo coś w środku mi mówi, że może jednak nie powinniśmy. Ale akurat w tym momencie nie mamy dokąd pójść, nie ma innego miejsca, gdzie moglibyśmy swobodnie pobyć chwilę ze sobą bez świadków. A tu jest tak niepokojąco pięknie, jest tak milcząco wśród omszałych pomników i starych rzeźb, jest tak bezpiecznie, gdy bliskość tych wszystkich wokół zakończonych istnień. Ususzonych kwiatów, dopalonych zniczy, wybrzuszających ziemię wielkich korzeni starych drzew.

Z nagła i po omacku ściągasz mi przez głowę koszulkę i z obezwładniającą siłą przyciskasz mnie całym sobą do zimnego kamienia. Na plecach czuję przejmujący ziąb, na piersiach i brzuchu twój rozpalony gorąc. Przygwożdżona i jeszcze nie do końca zdecydowana, zdezorientowana prędkością rozwoju wypadków, niepewna, bo może to obrazoburcze, bo może tak nie wolno, bo może… ale gdzieś się ten racjonalizm oddala, gdzieś ten głos wewnętrznych nakazów, zakazów i powinności cichnie, kiedy zaczyna się wzmagać we mnie to cudowne napięcie, zaczynające się w dole, w wewnętrznej stronie ud, napierające falami pragnienie nie do powstrzymania. Przyjmuję bez wahania to twoje wodzenie mnie na pokuszenie. Myślę, że skoro to jest aż tak silne, to bądź wola twoja. Wibruję, wiruję, wariuję. Jesteś dla mnie namiętny i pełny, a ja dla ciebie jędrna i soczysta. W obecności tak wielu śmierci bardziej gwałtowny i brutalniejszy niż zwykle jest ten nasz miłosny poryw. Jest w nim jakaś nie do opisania ostateczność, pęd na oślep i objawienie, które się kończy twoim we mnie wniebowstąpieniem.

Zostaje mi po tym wszystkim fioletowy odcisk na ramieniu po twoim zbyt mocnym chwycie, siniak, który w ciągu następnych dni zmienia kolor na szaroniebieski, zielonkawy, żółty. Aż w końcu znika.

(…)

Zapytałaś, czy mam z tamtych naszych czasów jakąś namacalną pamiątkę po tobie? Mam. Jedną fotografię. Jedziesz pociągiem roześmiana i podnosisz do ust butelkę z winem. Piękne jest to zdjęcie, bo mówi wszystko o nas z wtedy. Jest o naszym pędzie, o szaleństwie. O gnaniu przed siebie bez celu, o no future, o tym, że chcemy całego życia, a nawet więcej, i chcemy natychmiast. Smakujesz mi jeszcze w tamtym momencie cierpką papierówką, nie do końca dojrzała, kwaskowata, ale twarda i świetnie nadająca się do schrupania. Duże oczy i buzia ni to kobiety, ni dziecka, całą sobą nadajesz nieświadomie sygnał: zaopiekuj się mną. O tak, maleńka, zaraz się tobą zaopiekuję, na-wet nie wiesz, jak bardzo.

Nie umiem określić, dokąd na tej fotografii jedzie-my. My razem, bo ja też uwieczniłem się na tym zdjęciu, tylko że jestem po drugiej jego stronie, w przestrzeni tak zwanej pozakadrowej, jestem tym, który nacisnął wtedy spust migawki.

Decydujący moment. Pstryk. Mam cię na wieczność.

Jaki był to kierunek, dziś nie wiem, ale wydaje mi się, że południowy. Z mgły wynurza mi się twoje do mnie nagłe przywarcie. Pusty przedział tylko dla nas. Twoje ciężkie piersi, wrażliwe na dotyk. Siedzisz na moich kolanach, a po podłodze turla się pusta butelka. Brzdęk, brzdęk. Mia-rowy stukot kół.

Jest w tobie coś zwierzęcego, dzikość, w której nie ma miejsca na żadne przewidywalne czy wyuczone gesty. Chłonę całym sobą tę twoją pierwotność, a ty rzucasz się we wszystkich kierunkach, chciwa i łakoma, niespętana żadnym ograniczeniem. Słucham, jak mówi do mnie twoje ciało, i próbuję za nim nadążyć. Suniemy w mrok z prędkością sto na godzinę i tylko od czasu do czasu przefruwa za oknem jakaś łuna światła albo peron widmo.

 

Podróż, w której to nie cel jest ważny, a droga. Jazda bez trzymanki, z górki, na łeb i na szyję, bez hamulców.

Dyszysz do mnie:

 — Ty tylko o jednym…

Ja:

 — A co jest jeszcze innego?

Zwalniamy w końcu w ranek, w świt. Pociąg staje na stacji Zagórz. Wymiętoszeni, zgrzani do nieprzytomności, emanujący ostrym zapachem naszych wymieszanych soków wytaczamy się z wagonu w falujący żar, a przed na-mi jest jeszcze tydzień wakacji.

 

Mam też z tamtego czasu inne zdjęcie, które przedstawia mnie, ale to ty tym razem naciskasz spust. Mam półprzymknięte oczy, nagi tors, na twarzy błogie rozleniwienie. Jedziemy stopem na pace. Pamiętasz, jak trzęsło?

Wlewał się w nas straszliwy upał, pozdejmowaliśmy z siebie wszystko, co jeszcze można było zdjąć. Spoceni, słoni od potu.

Wzięłaś mnie wtedy do ust, przyssałaś się do mnie taka ciepła, taka… masywna. Nie umiem teraz znaleźć innego słowa. Objęłaś mnie całego, a ja złapałem w garść twoje włosy związane w kucyk i rytmicznie, delikatnie za nie pociągałem. W górę i w dół.

Super mi było, zresztą sama wiesz.

Kierowca wysadził nas za zakrętem między Dwernikiem a Chmielem, nad rzeką San. W spożywczym kupiliśmy los na loterię i orzechowe wafelki.

Kiedy zasnęłaś, wrzuciłem ukradkiem ten los do ogniska. Patrzyłem, jak zżera go płomień, i w euforii, pełen endorfin czułem, że ja i tak już z tobą wszystko wygrałem. Zgarnąłem całą pulę. Z namiotu dobiegało twoje senne:

 — Gdzie jesteś? Chodź do mnie.

Nie musiałaś powtarzać, od razu poszedłem.

Nie idealizuję nas, kochana, wręcz przeciwnie, wydobywam z pamięci każdą niedoskonałość, każde potknięcie i myślę teraz, że może mogłem coś wtedy inaczej, pełniej. Nie rozumiałem w tamtym czasie, nie potrafiłem, nie zdobyłem się na to, by ci powiedzieć te konkretnie dwa słowa, miałem ich przecież nigdy nie wypowiadać. Szumiałem ci tylko prosto w ucho, naśladując wiatr, licząc, że zrozumiesz to moje długie, przeciągłe wycie do ciebie, a tak naprawdę jedyne, co mi się udało, to wywołać huragan, który spustoszył twój misternie tkany krajobraz, sielankę, którą zbudowałaś, w której czekałaś na mnie.

 

Może pragnąłem innej kobiety na dorosłe życie. Takiej, która nie chciałaby tyle co ty przestrzeni. Tyle swobody. Kobiety, o której byłbym pewien, że jest tylko moja, że nie porwie jej prąd rzeki, że nie da się ponieść falom. Nie chciałem ciągle tylko gonić i drżeć. A ty czego chciałaś?

Nie mam pojęcia. Może powinienem był cię wtedy kochać. A może byłem na to za młody, zbyt zachłanny, nieprzygotowany. Stałem nieruchomy na brzegu i patrzyłem, jak mi odpływasz.

Wkurzony, że jesteś właśnie taka, a nie inna, że nie mogę cię opanować, że w głębi duszy pragnąłem mieć cię tylko dla siebie, na wyłączność. Schowaną do pudełeczka, zawiniętą w sreberko czekoladkę z nadzieniem.

Kucasz w lodowatym strumieniu, machasz do mnie w niebieskiej chustce na włosach i mokrych tenisówkach. Znalazłem nam za drzewami idealne miejsce, by rozbić namiot, a teraz chodzę wokół i zbieram drewno na ognisko. Przypominam sobie, jak wściekle mnie wzięłaś dziś rano, i myślę, że chciałbym wieczorem inaczej i odrobinę spokojniej. Czekamy, aż się rozgwieździ niebo, aż rozpali się w nas jasna noc.

Złowieszczy warkocz komety. Dym o zapachu szyszek. Ty, wilgotna ziemią i mchem.

Wsuwasz się na mnie i zastygasz znieruchomiała. I tylko w środku delikatnie zaciskasz się wokół. Nie pozwalasz, bym wykonał jakikolwiek ruch, żadnego nawet najdelikatniejszego pchnięcia, nic. Obejmujesz mnie i puszczasz, wsysasz tylko po to, by po chwili wyprzeć. Inne twoje mięśnie nawet nie drgną. Jestem w tobie, śliski, mięsisty i gotowy do strzału, a ty mnie całego w siebie przyjmujesz.

Później zapadam w ten cudowny poseksualny letarg i sam nie wiem, czy we śnie, czy na jawie mówisz do mnie niepokojąco, tak jakbyś przeczuwała nasz koniec:

 — Jeżeli kiedyś będziesz zmuszony wbić nóż w moje serce, błagam, zrób to ostrożnie i zrób to z czułością.

 

(EN) 

Maybe you’re right, maybe I went a little crazy, I got too caught up in the mood, and now I’m saying everything, so very much, without thinking. I’m trying to remember your body, but I can’t recall an image, only impressions, fragments, pieces of the puzzle.

The spiral-shaped, protruding belly button. The scar on the left thigh. The firm buttocks. The rough little hairs around the nipples. You’re a disjointed memory to me now. A cubist design, crumbling into smaller pieces. All my shots of you are close-ups, no medium or long shots. Nothing that would give this story room to breathe. Close and out of focus, details quivering. One after the other. Contradicting all the principles of constructing a film narrative. Lips that fill the entire screen. Part of an ear. Pores on the skin of an unspecified body part. The bend of an elbow. The nape where the bare neck ends and the hair begins. A protruding shoulder blade. A brown mole. The soundtrack consists of loud, deep breathing, whistling like a rush of air in an open space, like a whirlwind churning around rocks, like the roar of the ocean and the steady slapping of the waves. This is the film about you that I play, a time-worn single copy with no reconstruction or colour. Literally a few shots, unused elsewhere, recorded by accident, before anyone shouted “action!”

 

I was stirred. I settled. I fell silent. You build excitement in me from episode to episode. Life hastens and meanders, but you… Again, still, and again. Our interiors and our open airs. Our film sets. Nothing exists but us. All the world is only a mock-up, a background against which our kisses last forever.

In the city, it smells first of lilac, then of jasmine, and soon after of linden. We sneak into various isolated places, away from random passers-by, where we can vent the lust that pulsates in our blood and drives our nocturnal frenzy.

The gate is bolted and there’s no way to climb it, over its sharp points and embellishments, but you point to a wide gap at the bottom, you lie on the pavement to check whether we could slip through. I look around to make sure no one can see us, then I press myself to the ground, sideways, careful not to get stuck, my hair brushes the dust.

Success, we’re on the other side.

We have the city’s oldest cemetery all to ourselves. Silence and emptiness; and yet – a crowd.

I hesitate because something inside tells me that maybe we shouldn’t. But at this point we have nowhere to go, there’s no other place we could be together a while, freely, without witnesses. And here it is so disturbingly beautiful, so silent among the moss-covered monuments and old sculptures, so safe, the proximity of these dead beings all around. The dried-out flowers, burnt out candles, old trees with their huge roots bulging out of the ground.

All of a sudden, in the dark, you pull my top up over my head and with an overwhelming force you press me with your whole body into the cold stone. I feel a piercing chill on my back, your fevered heat on my breasts and stomach. Pinned down but not yet completely decided, disoriented by how quickly things have developed, uncertain, because maybe it’s iconoclastic, maybe it’s not allowed, maybe… But somewhere this rationalism recedes, somewhere this voice of internal dictates, prohibitions and duties falls silent, as this wonderful tension inside me begins to grow, starting low down, in the inner thighs, surging in waves of irresistible desire. Without hesitation, I let you lead me into temptation. I think: if it’s this strong, then your will be done. I pulsate, I spin, I go crazy. For me you are passionate and full, for you I am firm and juicy. In the presence of so many deaths, our amorous impulse is more violent and brutal than ever. There is an indescribable necessity to it, a blind rush and a revelation that ends with your ascension in me.

Afterwards, I’m left with a purple imprint on my shoulder where you gripped me too hard, a bruise that changes colour over the next few days to grey-blue, then greenish, then yellow, until finally it disappears.

 

(…)

 

You asked me if I had any tangible mementoes of you from that time. I do. One photo. You’re on the train, laughing, raising a wine bottle to your lips. It’s a beautiful photo because it says everything about us then. It speaks of our hunger, of madness. Of racing ahead without a destination, of no future, of the fact that we want all of life, and more, and we want it immediately. I can still taste you in that moment, the taste of early apples, not quite ripe, slightly tart, but hard and perfectly crunchy. Big eyes and mouth, neither woman nor child, with your whole self you emit an unconscious signal: take care of me. Oh yes, little one, I’ll take care of you, you have no idea how I’ll take care of you.

I can’t work out where we were going in this photo. The two of us, together – because I’m also in this picture, except that I’m on the other side of it, out of shot, I’m the one who pressed the shutter.

The decisive moment. Click. I have you forever.

I no longer know what direction we were headed in, probably south. Out of the mist emerges the way you were suddenly clinging to me. An empty carriage all to ourselves. Your heavy breasts, sensitive to the touch. You’re sitting on my knee, the empty bottle is rolling around on the floor. Clink, clink. The rhythmic clatter of the wheels.

There’s something animal inside you, a wildness that leaves no place for predictable or learned gestures. My whole being is drinking in your primitiveness, and you’re thrashing about in all directions, eager and greedy, untethered by restrictions. I’m listening to your body talking to me and I’m trying to keep up with it. We’re sliding into the darkness at a hundred miles an hour, and just once in a while some glimmer of light or a runaway platform flies past outside the window.

 

A trip where it’s not the destination that counts, but the journey. A wild ride, downhill, in freefall, with no brakes.

Panting, you say: “All you think about is…”

I reply: “What else is there?”

We finally slow down in the morning, at dawn. The train stops at Zagórz. Crumpled, sweated into a stupor, emanating the acrid smell of our mingled juices, we roll out of the carriage into a billowing heat, a week of holiday stretching ahead of us.

 

I have another photo from that period, a photo of me; this time you’re the one pressing the shutter. My eyes are half-closed, my torso bare, my face a picture of blissful indolence. We’re hitchhiking, in the back of a vehicle. Remember how it shook?

A terrible heat wave had been trailing us, we’d taken off whatever we could. Sweaty, salty from the sweat.

You took me into your mouth then, you latched onto me, so warm, so… sturdy. I can’t find another word for it. You wrapped your arms around me, and I grabbed your ponytail and pulled on it, rhythmic and gentle. Up and down.

It was great for me – well, you know that.

The driver dropped us at a bend in the road between Dwernik and Chmiel, on the River San. We bought a lottery ticket and hazelnut wafers at the grocery store.

After you’d fallen asleep, I secretly threw the ticket into the fire. I watched the flames devour it and – euphoric, full of endorphins – I felt that with you I had already won everything. I’d hit the jackpot. Your sleepy voice came from the tent: “Where are you? Come here.”

You didn’t have to ask twice, I went at once.

I don’t idealise us, my love – on the contrary, I remember every imperfection, every stumble, and now I think that perhaps I could have been different then, better. I didn’t understand at that time, I wasn’t able, I couldn’t bring myself to tell you those three specific words. After all, I was never supposed to say them. I just whispered straight into your ear, mimicking the wind, hoping you would understand my long, drawn-out howl, and the only thing I succeeded in doing was evoking a hurricane, which ravaged your intricately woven landscape, the idyll you had built, in which you were waiting for me.

 

Maybe I was craving another woman for adult life. One who wouldn’t want as much room as you. As much freedom. A woman who I could be certain was mine alone, who wouldn’t be carried away by the river current, nor seized by the waves. I didn’t want to just keep chasing and trembling. And you, what did you want?

I have no idea. Maybe I should have loved you then. Or maybe I was too young, too greedy, unprepared. I stood motionless on the shore and watched you drift away from me.

Annoyed that you were the way you were, not different, that I couldn’t control you, that in the depths of my soul I wanted to have you only for myself, exclusively. Tucked away in a box, a praline-filled chocolate wrapped in foil.

You’re squatting in an ice-cold stream, waving at me, wearing a blue headscarf and wet trainers. I’ve found a perfect place behind the trees to pitch our tent, now I’m wandering around collecting wood for the fire. I remember how voraciously you’d taken me that morning, and I think that I’d like it differently in the evening, a bit calmer. We wait for the sky to fill with stars, for the bright night to be kindled inside us.

An ominous comet tail. The smoke smells of pinecones. You, damp with soil and moss.

You slide on top of me and freeze still. Inside, you’re gently clenching around me. You don’t let me make the slightest movement, not even the gentlest thrust, nothing. You grasp and ungrasp me, you suck me in, only to oust me a moment later. Your other muscles don’t even twitch. I am in you, slippery, fleshy and ready to fire, and you take all of me inside you.

Later I fall into a wonderful postcoital lethargy and I don’t know whether I’m asleep or awake when you say to me – disconcertingly, as if you could sense our end: “If you ever have to stick a knife in my heart, I beg you, do it carefully and do it with tenderness.”

 

Translated from Polish by Kate Webster. 

 

(PL) 

Wyjechałeś nazajutrz. Ja zostałam. Znów poszliśmy innymi drogami. Osobno i równolegle. Nie tęskniłam. Nie chciałam tęsknić.

Bawiłam się w inne zabawy, z innymi grałam w inne gry. Po jakimś czasie przyszedł list. Trzy strony namiętnego wyznania do odczytania pomiędzy wierszami. Trzy strony silne jak tsunami. Utonęłam. Leżałam bez czucia i bez tchu wiele godzin, dni, tygodni. Przywiązałeś mnie tym wyznaniem. Zrobiłeś to, czego mieliśmy nigdy sobie nie zrobić. Dwa słowa, których nie wolno nam było wypowiedzieć. Żadnego „cię” i żadnego „kocham” na tych trzech stronach, ale każde inne słowo o tym właśnie krzyczało. Schowałam twój list głęboko i postanowiłam zapomnieć.

 

Kiedy zapominałam, ty siedziałeś na chodniku jednego z gorących południowoeuropejskich miast, piłeś wino z kartonu, ktoś walił w bęben, a ty plułeś ogniem i wirowałeś do rytmu. Brzęczały monety. Mieszały się języki: hiszpański, portugalski, rosyjski, angielski, włoski. Każdy, kto się uśmiechnął, zostawał od razu najlepszym kumplem, przyjacielem na jeden wieczór. Piwo, wino, wódka, dżez.

— Te quiero mucho — szeptałeś w uszy ponętnych i chętnych. Zamykałeś oczy, ale czegoś tam brakowało. Dobrze wiedziałeś czego.

Ciągle trwała upalna letnia noc.

Zbierałeś gdzieś jakieś truskawki. Malowałeś i sprzedawałeś z chodnika obrazki. Wieczorami tańczyłeś z ogniem i pozwalałeś, by kierowała tobą muzyka.

Zimną pizzą karmiłeś szczury pod Notre Dame. Patrzyłeś, jak w sadzawce odbija się Sagrada Família, i kiedy rzucałeś kamyk, budowla zaczynała falować biodrami i tańczyć. Rozbiłeś namiot pomiędzy jeziorem a plażą Chalikounas, każdego ranka wygrzebywałeś z piasku monety, a kiedy miałeś ich już odpowiednią ilość, szedłeś do baru odwiedzanego przez surferów i zamawiałeś mojito. Poznałeś gości, którzy skakali na paralotni ze skarpy. I ty też z nimi skakałeś. Wziął cię na stopa pół-Fin, który budował domy ze słomy.

Na targowisku staroci pewien mężczyzna próbował ci sprzedać figurkę psa Lassie

bez uszu, wyliniały futropłaszcz i kalejdoskop. Wziąłeś kalejdoskop, ale wypadł ci,

 

gdy w obłędzie biegłeś przez arabskie miasto portowe, w którym skrył się kilkadziesiąt lat wcześniej pewien sławny pisarz po nieudanej zabawie z żoną w Wilhelma Tella. Chciałeś odwiedzić ten hotel, gdzie wegetował, ale zgubiłeś drogę. Szeptali do ciebie w zaułkach „aszisz, aszisz”, ale nie tego szukałeś.

Nie tego.

 

(…)

 

To było dawno i może nieprawda, w czasach, gdy ludzie pisali do siebie listy długopisem. W czasach, gdy klisza fotograficzna miała trzydzieści sześć klatek, w czasach magnetofonowych kaset.

Czytałam twój list setki razy, słowo po słowie, zdanie po zdaniu, aż nauczyłam  się go na pamięć. Myślałam sobie wtedy: już wystarczy. Nie wracaj. Za bardzo tęsknię, już nie chcę. Pragnęłam cię wtedy jeszcze mocniej. I więcej.

Czytałam twój list setki razy i ani razu nie udało mi się odpisać.

 

Wróciłeś wtedy, kiedy już nie czekałam. A może to było tylko złudzenie, że wróciłeś. Albo złudzeniem było, że nie czekałam.

Udawaliśmy, że nic się nie stało, że żadnego listu nie było.

Siedzieliśmy na wilgotnej trawie, pachniała noc, niebem frunęła w naszym kierunku kometa. Świat miał się skończyć za kilka miesięcy i wszystko ku temu zmierzało. Nic sobie z tego nie robiliśmy. Mały Wóz, Wielki Wóz, ty, ja, chłopak, z którym się wtedy widywałam, dziewczyna, którą przyprowadziłeś i która bez przerwy mówiła, a gdy przestawała na chwilę, wkładała do ust skręcony kosmyk jasnych włosów. Śmiała się głośno, a chłopak, z którym wtedy bywałam, dał mi do zrozumienia, że męczy go to nieustanne paplanie. Wypiłam za dużo, przyznam, ale bawiła mnie ta gra. Starałam się stwarzać pozory, że mi nie zależy, że wszystko, co kiedyś, to przeszłość, ale i tak wymieniliśmy kilka znaczących spojrzeń. Obserwowałam tę twoją miłą szczebiotkę, która z każdym łykiem wina stawała się coraz bardziej rumiana i coraz bardziej swobodna. Wyobraziłam sobie, że ściągam z niej tę sukienkę, przesuwam palcem po zagłębieniu pleców i taką onieśmieloną i zdezorientowaną całuję w usta.

 

(FR) 

Tu es parti le lendemain. Moi, je suis restée. Encore une fois on a choisi des chemins différents. Séparément et parallèlement. Tu ne me manquais pas. Je ne voulais pas que tu me manques.

J’ai joué à d’autres jeux, j’ai joué avec des autres. Après un certain temps une lettre est arrivée. Trois pages d’un aveu passionné à lire entre les lignes. Trois pages fortes comme un tsunami. Je me suis noyée. Je suis restée allongée, inerte, essoufflée pendant des heures, des jours, des semaines. Tu m’as attachée avec cet aveu. Tu m’as fait ce qu’on n’aurait jamais d se faire. Trois mots qu’on ne devait jamais prononcer. Aucun « je », aucun « te » et aucun « aime » sur ces trois pages, mais chaque mot le criait. J’ai bien planqué ta lettre et j’ai décidé d’oublier.

 

Tandis que j’oubliais, tu étais assis sur le trottoir d’une ville br lante du sud de l’Europe, tu buvais du vin à même la brique, quelqu’un battait le tambour et toi, tu crachais le feu et virevoltais en rythme. Les pièces tintaient. Les langues s’entremêlaient : espagnol, portugais, russe, anglais. Tous ceux qui souriaient devenaient de suite de bons potes, des amis d’un soir. Bière, vin, vodka, jazz. – Te quiero mucho – tu murmurais à l’oreille de celles qui étaient attirantes et disposées. Tu fermais les yeux, mais il y manquait un truc. Tu savais bien ce qu’il y manquait.

La nuit caniculaire ne connaissait pas de fin.

Tu ramassais des fraises. Tu peignais et vendais tes dessins à même le trottoir. Les soirs tu dansais avec le feu et laissais la musique te guider.

Tu donnais aux rats de la pizza froide aux pieds de Notre Dame. Tu regardais la Sagrada Familia se refléter dans un étang et quand tu y jetais un caillou, le bâtiment se mettait à onduler des hanches et à danser. Tu as planté la tente entre un lac et la plage Halikounas, tu fouillais dans le sable à la recherche de petite monnaie et quand tu avais ce qu’il te fallait, tu allais dans un bar fréquenté par des surfeurs et commandais un mojito. Tu as rencontré des gars qui sautaient en

 

parapente d’une falaise. Toi aussi, tu sautais avec eux. Un gars, à moitié Finlandais qui construisait des maisons en paille, t’a pris en stop.

Aux puces, un homme a essayé de te vendre la figurine d’un Lassie sans oreilles, un manteau en fourrure miteuse et un kaléidoscope. Tu as pris le kaléidoscope, mais tu l’as perdu lorsque, dans la folie, tu courais à travers cette ville portuaire arabe, où plusieurs dizaines d’années auparavant un écrivain connu s’était terré, après avoir maladroitement joué à Guillaume Tell avec sa femme. Tu voulais visiter l’endroit où il vivotait, mais tu t’es perdu en chemin. Dans des recoins sombres on te chuchotait « hachisch, hachisch », mais ce n’était pas ce que tu cherchais.

Ce n’était pas ça.

(…)

C’était il y a longtemps, et peut-être même pas vrai, à l’époque où les gens s’écrivaient des lettres avec un stylo. À l’époque où la pellicule photo ne comptait que trente-six poses, à l’époque des cassettes audio.

J’ai lu ta lettre des centaines de fois, mot par mot, phrase par phrase, jusqu’à ce que je l’aie connue par cœur. Je me disais alors : ça suffit. Ne reviens pas. Tu me manques trop, je n’en veux plus. Alors je te désirais encore plus fort. Et plus encore.

J’ai lu ta lettre des centaines de fois et je n’ai jamais réussi à y répondre.

 

Tu es revenu quand je n’attendais plus. Ou peut-être ce n’était qu’une illusion que

tu sois revenu. Ou l’illusion c’était peut-être l’idée que je n’attendais pas.

On faisait comme s’il ne s’était rien passé, comme s’il n’y avait pas eu de lettre.

On était assis sur l’herbe humide, la nuit sentait bon, sur le ciel une comète volait vers nous. Le monde devait toucher à sa fin quelques mois plus tard, et tout tendait vers ce moment. On s’en moquait. Petite Ourse, Grande Ourse, toi, moi, le garçon avec qui je sortais à l’époque, la fille que tu as emmenée et qui parlait tout le temps, et lorsqu’elle s’arrêtait un instant, elle mettait dans la bouche une mèche de ses cheveux blonds. Elle riait fort et le garçon avec qui j’étais m’a fait comprendre que son bavardage incessant le fatiguait. J’ai bu un peu trop, j’avoue, mais ce jeu m’amusait. Je faisais mine de ne pas y tenir, qu’avant c’était du passé, mais on a quand même échangé quelques regards qui en disaient long. J’observais ta gentille

 

babilleuse qui, à chaque gorgée de vin devenait de plus en plus vermeille et de plus en plus sans-gêne. Je me suis imaginé que je lui enlevait sa robe, que je parcourais avec mes doigts le creux de son dos et que je l’embrassais sur la bouche, elle, tout intimidée et désorientée. Je l’ai fait ou pas?

Je ne me souviens pas. Et toi ? Tu te souviens ?

C’était il y a des lustres. À l’époque où notre planète était sur le point d’être frappée par une comète. Sa queue flambait sinistrement et beaucoup prédisaient la fin. Millénaire. Nouvelle ère. Le monde s’achèvera et nous avec. On vivait comme si ça devait se produire, comme si chaque instant devait être le dernier, comme si au coin de la rue nous attendait la mort ou un nouveau début fascinant.

Mais au final la comète a tout simplement disparu derrière l’horizon, un nouveau jour s’est levé et, comme si de rien n’était, jeudi est venu.

Peu a changé depuis, et pourtant tout.

La Terre tourne toujours, mais je n’arrive pas à me souvenir, où sont passés les gamins que nous étions.

 

(…)

 

On faisait l’amour au petit déjeuner. Pour moi, tu avais le go t du café à la cardamome, moi pour toi, celui du lac salé. Ça n’en finissait pas. Les siècles passaient. Des civilisations s’éteignaient et renaissaient, pour nous le temps s’était arrêté.

Musique des gouttes de pluie tombant sur la toile de tente. Odeur de la mousse. Sauterelle sur une feuille. Matinée remplie de rosée. Papillon. Effleurement langoureux du soleil. Paupières entrouvertes. Graines de sable collées à la peau. Paume de la main caressant l’herbe. Mèche de cheveux dans la bouche. Et nous dans tout ça, des voleurs de vie.

 

Tu te souviens ?

 

***

 

Oh, que oui. Parfaitement. On était allongés dans l’herbe sur le dos et avec un bâton tendu vers le ciel, on écartait les nuages. Les chevaux buvaient de l’eau à même le ruisseau, tu avais les seins nus. J’étais alors prêt tout le temps, il me suffisait de te regarder, rien que ta présence, ton odeur, ta proximité.

Une douzaine de minutes plus tôt, on avait mangé une plante magique, une herbe-miracle, on voulait faire l’expérience de tout, plus fort et plus encore. Et même si on ne croyait pas trop à son pouvoir magique, il fallait essayer. Pour le fun, l’aventure, pour vivre quelque chose de nouveau. Et quand je pensais que les miracles ne se produiraient pas, toi, tu as plongé dans un demi-sommeil très long et moi, j’avais l’impression d’avoir avalé un papillon, d’en avoir plein le ventre. La forêt s’est transformée en jungle et d’un coup tu t’es trouvée sous un arbre enroulée d’un fil coloré. Plongé dans la terre, de mes jambes ont poussé des racines. Tu me parlais dans une langue inexistante, je ne comprenais pas. Je te regardais donner aux chevaux des morceaux de sucre. Ils se laissaient caresser, tirer la crinière. Ils étaient sauvages mais toi, tu t’en moquais. Tu en as choisi un qui brillait et tu as galopé. Je ne t’ai pas suivie. Mes bras ont poussé comme des branches, longues, vers le ciel, je touchais les nuages et les déplaçais afin qu’ils n’obscurcissent pas le soleil. Pour que ce soit toujours l’été. Et chaud. Et bien.

Je me disais : c’est si simple, pourquoi je n’y avais pas pensé avant, ça a du sens, il n’y a besoin de rien d’autre. Je caressais le soleil et le faisais tourner dans mes mains jusqu’à ce que je me brle le bout des doigts, jusqu’à ce qu’il s’avère que tu es à côté de moi et me demandes, étonnée :

- Quels chevaux sauvages ? Je n’en sais rien.

Tu disais qu’il n’y avait pas de chevaux. En revanche tu m’as montré des spirales dessinées sur le sol avec un bâton, à peine visibles. Tu prétendais avoir trouvé une formule d’équation grâce à laquelle on peut résoudre tous les problèmes.

Plus tard je te portais dans mes bras, épuisée, à travers un pré rempli de brebis bêlantes. Nous nous sommes endormis sur une meule de foin, dans une clairière que j’ai baptisée pour toi la clairière des désillusionnistes.

On était alors dans une autre dimension, dans un autre univers, peut-être je te rêvais, je ne sais plus, je n’en suis plus s r.

 

Le lendemain tandis que tu nageais dans le lac, j’ai sculpté pour toi une cuillère en bois, car de cette façon seulement, de cette unique façon, je savais te dire alors ce que nous ne devions jamais nous dire.

 

 

(…)

 

Parcourant le long de la colonne vertébrale, du haut de la tête, des bulbes capillaires jusqu’à la pointe des pieds. Des frissons. C’est ce que je ressens quand tu m’attrapes par derrière, quand je tends mes fesses vers toi en toute confiance et toi, tu glisses en moi et me remplis tout entière.

Ou encore : un spasme rythmique délicieux dans le bas ventre – c’est quand je suis en-dessous, mes jambes autour de tes hanches, quand tu m’écrases de tout ton poids, ta présence palpitante en moi et une chaude volupté.

Dedans, tout au fond, c’est à chaque fois que tu es sur le dos, pointu et raide et moi, je m’empale sur toi et je bouge de manière subtile et délicate et ensuite, en secouant, en resserrant alors presque toujours je jouis et j’explose la première, car le frisson me transperce d’un coup, à l’improviste.

Et parfois tu te blottis contre moi quand je suis allongée sur le côté. Tu colles ton corps à mon dos, glisses ta main dans ma fente gonflée, tu promènes ton doigt caressant la dure protubérance. Alors le plaisir est du côté intérieur des cuisses, c’est là où je le ressens le plus fort.

J’adore aussi : souffler dans le creux de ton cou et quand tu respires dans mon oreille, sucer tes doigts, mordre légèrement ta fesse tendue et quand tu m’attrapes par les cheveux, sentir l’odeur de ta peau; j’aime aussi quand tu me lèches et quand nous restons allongés juste après; tu t’assoupis et pour moi l’acte sexuel dure encore, car je m’attiédis beaucoup plus lentement.

Parfois tu demandes, comme si tu n’étais pas s r :
- Ça a été bien pour toi ?
- Oh, que oui. Ça l’a été très. 

 

Traduit du polonais par Dominika Wierzbowicz.